muzyka

środa, 10 lipca 2013

Imagin z Louis'em

Każdy z nas wie, jak to jest mieć przyjaciela za młodych lat. Pukanie do drzwi z zapytaniem:
-Wyjdziesz na dwór?
-Mamo, mogę wyjść na dwór? –krótkie spojrzenie w stronę mamy siedzącej w kuchni i pilnującej kotletów. Jest pozwolenie. – Tylko ubiorę buty!
Później bieganie po podwórku do wieczora, tak, że aż mama musiała wychodzić do okna i drzeć się wniebogłosy, żebyśmy w końcu do domu przyszli. A wtedy ja i mój przyjaciel siedzieliśmy w naszej bazie, którą zbudowaliśmy w krzewie bzu z skradzionych z piwnicy desek. Pełno śmiechów i radości, zabawy i niezapomnianych chwil. Ten żal ściskający serce, gdy w końcu rozplataliśmy swoje dłonie rozchodząc się do sąsiednich domów.
-Jutro przyjdę po ciebie! –standardowa formułka, ostatnie pożegnanie i byliśmy skazani na gniew rodziców, którzy zdenerwowani naszą nieobecnością, zaczynali krzyczeć.
Tak, ja miałam tego przyjaciela. Miał na imię Louis, był starszy ode mnie o rok, ale to nie miało znaczenia. Przecież dobrze się bawiliśmy jako dzieci nie zważając na tak małą różnicę wieku.
Był mi tak bardzo bliski i ważny dla mnie, że po jego stracie ciężko było mi wyjść na podwórko i bawić się z innymi dziećmi, bo żaden z nich nie znał moich tajemnic, przyzwyczajeń, a co najważniejsze: po prostu nie wiązały mnie z nimi żadne wspomnienia.
Ja miałam 11 lat, Louis 12. Siedząc w naszej bazie, wdychając świeże, wieczorne powietrze przepełnione zapachem bzu, rozmawialiśmy. Byliśmy już dorośli, jak wtedy myśleliśmy, dlatego nie rozmawialiśmy już tak jak kiedyś. Staraliśmy się być poważniejsi i dojrzalsi, wtedy to też pierwszy raz przeklęłam. Ah, te wspomnienia.
Przeszkodziły nam dźwięki syren, na które z początku nie zwróciliśmy uwagi, ale po dłuższym czasie zaczęły nas irytować. Wyszliśmy z naszej klitki i przemierzając małe górki obrośnięte krzewami i trawami, przybiegliśmy do naszych domów. Z domu Louisa unosił się dym, dwa wozy strażackie stały i gasiły pożar, który pożerał dom mojego przyjaciela. Niebo było czerwone, ubrudzone dymem. Łuna od ognia odbijała się w oknach naprzeciwko ulicy, a przerażone twarze wyglądały nieśmiało zza firanki. Czuć było dławiący zapach siarki oraz dymu, kiedy zaciągnęłam się powietrzem po długim biegu, niemalże się udusiłam. Jednak nie to było problemem, przecież dom Louisa stał w płomieniach i nie było szans na to, aby cokolwiek z niego uratować.

-Napiszesz do mnie jak tylko dojedziecie na miejsce? –spytałam nie kryjąc swojego wzruszenia. – Będę czekać na list od ciebie…
-Oczywiście, że napiszę. –Louis przytulił mnie. – Nie wiem tylko dlaczego musimy jechać aż do Londynu… To tak daleko.
Pokiwałam głową i spuściłam wzrok w dół, czując jak łzy spływają mi po czerwonych policzkach.
-Louis, musimy już jechać! –usłyszałam głos jego mamy, więc podniosłam twarz do góry.
-Obiecaj, że będziesz pisać… Obiecaj, że o mnie nie zapomnisz. –wyszeptałam.
-Obiecuję. –wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął z niej pewną małą rzecz. Położył mi ją na dłoni i zamknął przedmiot w moim uścisku. – A ty nie zapomnij o mnie.
Uśmiechnął się lekko, tak bardzo w jego stylu, poczochrał moje włosy szybkim ruchem i zostawił mnie w łzach. Odprowadziłam wzrokiem ich auto, pomachałam dłonią na pożegnanie po raz ostatni, a potem otworzyłam swoją dłoń. Trzymałam srebrny łańcuszek ze srebrną marchewką. Na moją twarz wstąpił uśmiech, bo marchewki zawsze nam towarzyszyły. Bardziej jemu niż mi, ale sam widok Louisa stojącego obok trzepaka z marchewką w ręce był tak realny i bliski, że musiałam się uśmiechnąć.
Jednak z każdym dniem twarz Louisa stawała się co raz bardziej nierealna i zamazana, większość wspólnych chwil spędzonych z nim, odeszła w niepamięć mojego umysłu. Dorastałam. Z czasem łańcuszek z marchewką był dla mnie po prostu łańcuszkiem z marchewką, jak wcześniej ciągle nosiłam na szyi, ściągnęłam go i schowałam do szkatułki z biżuterią. Pamiętałam Louisa, ale zapomniałam jak wiele dla mnie znaczył i dlaczego kochałam go tak mocno. Widocznie takie rzeczy z czasem zacierają się w naszej pamięci. Czy Louis napisał? Napisał. Pisaliśmy listy przez jakiś miesiąc, ale nagle coś się urwało. Poszłam do gimnazjum, później do liceum. Aż nastał dzień, w którym musiałam wybrać kierunek studiów. Było pewne, że będę studiować w Londynie, ale nie wiedziałam dokładnie co. W końcu, wybór padł na psychologię.
Stojąc przed lustrem czesałam swoje długie, brązowe włosy. Było widać na nich rude przebłyski, które pozostały mi po farbowaniu ich na marchewkowy kolor. Ironia losu… Westchnęłam odkładając szczoteczkę na toaletkę. Cały czas się zmieniałam, dorastałam. Właśnie kończyłam 19 lat, czekała mnie świetlana przyszłość w Londynie. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia rozchylając różowe wargi. Nagle do mojego pokoju wpadł tato, wziął moje walizki i wyszedł z niego.
-Już jest taxówka. – powiedział schodząc po schodach. – Chodź!
Nie czekając na nic, ruszyłam ku wyjściu, rzucając swojemu pokojowi jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie. Żegnaj, o tobie też prawdopodobnie zapomnę.

Londyn był tak fascynującym miejscem, wiele atrakcji, zabytków i ta atmosfera – czułam w powietrzu coś, co kazało mi się cieszyć. Czułam w kościach, że coś się zdarzy, ale nie wiedziałam co, po prostu musiałam się z tego powodu radować.
Akademik i uczelnia okazały się być przyjemnymi miejscami, chociaż więcej czasu poświęcałam na imprezy niż naukę, jak każdy z resztą. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, w tym moją współlokatorkę, Lilly. Była sympatyczną blondynką z niebieskimi oczami. Muszę przyznać, że sprawiała wrażenie głupiej blondynki, blachary itp., ale w rzeczywistości była bystrą i mądrą dziewczyną. Co prawda, często zmieniała facetów, ale to nie był problem, bo ja często to robiłam. Żaden nie był taki jak … Właściwie nie wiedziałam, co każdemu z nich brakowało. Jeden był zbyt nadęty, drugi głupi, trzeci beznadziejny w łóżku.
Pewnego dnia, kiedy wyjątkowo z Lilly siedziałyśmy przy książkach, ona oderwała się od jednej i sięgnęła po leżącą na mojej szafce szkatułkę z biżuterią. Zaczęła grzebać i przymierzać moje kolczyki i pierścionki, nie zwracałam szczególnie uwagi, co robiła. Nie przeszkadzało mi to.
-O mamo, jakie słodkie. –jęknęła Lilly, a ja uniosłam wzrok znad książki.
-Co?
-Skąd masz taką śliczną zawieszkę? –spytała pokazując mi marchewkę. – Jest niezwykle urocza!
Przed nosem zawisła mi moja niegdyś ukochana zawieszka. Uśmiechnęłam się, lekko się rumieniąc, chociaż nie wiedziałam czemu; przed oczami pojawił mi się Louis, jego roześmiana twarz, jego blond włosy rozczochrane we wszystkich kierunkach. Stał przede mną w niebieskim T-Shircie ubrudzonym błotem, jego oczy zmrużone tworzyły na twarzy sieć uroczych zmarszczek. Szkoda, że miał tylko 12 lat.
-Mój przyjaciel mi go kiedyś dał… Na pożegnanie. –odparłam spuszczając głowę z powrotem do książki. – Nic wartościowego.
-No jasne… -zaśmiała się drwiąco. – Co się z nim teraz dzieje?
Zatrzymałam spojrzenie w połowie zdania, niepewnie uniosłam wzrok do góry i obserwowałam, jak Lilly wkłada moją marchewkę do pudełeczka.
-Nie wiem. –w moim głosie zabrzmiało przerażenie. – Tyle go znałam… A teraz nie wiem nawet co u niego. Jak on wygląda? Czy się zmienił?
Przejechałam spojrzeniem przez pokój, zatrzymałam je na oknie. Było południe, sobota, słońce świeciło jasno, niebo jak zwykle błękitne. Przecież on gdzieś tam był.
-Nie ma raczej szans, żebym go spotkała? –spytałam nie odrywając wzroku od okna.
-Marne, ale… Jeśli naprawdę byliście przyjaciółmi, przeznaczenie was połączy znowu. –powiedziała Lilly wracając do nauki.
Na pewno tak będzie. –pomyślałam opadając do tyłu i opierając się plecami o różową ścianę.

Minął tydzień, a na mojej szyi pojawił się znowu srebrny naszyjnik z marchewką. Na wykładach nie myślałam o niczym innym, tylko o Louisie, wspomnienia wracały jak bumerang; z każdym nowym czułam się co raz bardziej rozpromienione. Moje policzki różowiały z każdym dniem, włosy zaczęły błyszczeć naturalnie, mimo, że odstawiłam odżywkę. Oczy błyszczały dzikim, mocnym blaskiem, uśmiech zdawał się być szczerszy niż przedtem. Oglądając się w lusterku, nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo wypiękniałam. Dzięki niemu.
Lilly uważała, że się zakochałam, a na pytanie w kim nie umiałam odpowiedzieć. Równie dobrze, Louis mógł być teraz jakimś metalem, albo wyjechać do Kanady. Czy coś. Matko, szanse były takie małe!
Kiedy pierwszy rok studiów zakończyłam z sukcesem, nie mogłam ukrywać swojej radości. Czułam rozrywający pierś optymizm. Postanowiłam wybrać się po zakończeniu roku na lody do mojej ulubionej lodziarni, na cichej uliczce Watson Street. Idąc żwawo, unosząc wysoko twarz ku słońcu, uśmiechałam się do niego, a na mojej piersi poskakiwała srebrna marchewka co jakiś czas odbijając promienie słoneczne posyłając je w niebo. Wiatr owiewał moje nogi i mimo, że miałam szpilki i zwiewną, błękitną sukienkę, szłam szybko i sprawnie. Doszłam po chwili do lodziarni, weszłam do środka. Od samego progu uraczył mnie zapach antyku, lodów i kawy. Całe pomieszczenie utrzymywało się w kolorystyce brązu, bieli i beżu, na głównej ścianie namalowane było wielkie drzewo, które rozkwitało małymi, różowymi kwiatami. Pod nim stało parę ławek, a na jednej z nich siedziała para – nie było widać nic, bo całość namalowana była czarną farbą na beżowym tle. Uniosłam kącik ust do góry i podeszłam do wysokiej, ciemnej lady, za którą stała kobieta. Jako, że często tam przychodziłam, zdążyłyśmy się zapoznać i nawet polubić.
-Hej, Nikki. –przywitałam się opierając łokcie o blat. – Jak tam interes?
-Wspaniale dzięki tobie, Miranda. –powiedziała. – To co zawsze?
-Nie, dzisiaj chyba zdam się na ciebie. Zaskocz mnie.
Nikki była wysoką, młodą kobietą, miała 29 lat, krótkie czarne włosy i zawsze kolorowy makijaż, który nie pasował w ogóle do wystroju lodziarni. Usiadłam przy stoliku przy oknie, żeby mieć wgląd na ulicę, zawsze tak robiłam. Położyłam torebkę na parapecie, chowając ją nieznacznie za cynamonową zasłoną związaną białym sznurkiem. Nie czekałam długo, bo Nikki zaraz podsunęła mi pod nos puchar różnokolorowych lodów z waflem obok i małą parasolką. Sama usiadła naprzeciwko i zaczęła się mi przyglądać, jak jem.
-Co, koniec roku? –zagaiła.
Pokiwałam głową nie mogąc odpowiedzieć, bo już usta miałam pełne lodów. Nikki zaśmiała się pod nosem.
-Rozumiem, że zdałaś bez większych problemów.
Tylko się uśmiechnęłam, ale i tak lody niebezpiecznie nacisnęły na moje zęby chcąc wypłynąć z moich ust.
-Słyszałaś może o takim nowym zespole One Direction? –zapytała po dłużej ciszy. – Wszyscy wystąpili w X-Factorze, ale połączyli ich w jeden zespół. Nie słucham takiej muzyki, ale myślę, że tobie by się spodobali.
-Nie oglądałam TV, bo nie miałam za bardzo czasu, wiesz jak to na tych studiach. –powiedziałam w końcu połykając kolejną łyżkę lodów. – Jak tylko dojdę do akademika to sprawdzę na youtube jakąś ich piosenkę.
-Sprawdź, myślę, że warto…

Wpadłam do pokoju i rzuciłam torebkę na swoje łóżko, buty zdjęłam płynnym ruchem i ułożyłam je ładnie. Lilly nie było w pokoju, bo od razu po skończeniu roku wyjechała do swojego rodzinnego domu. Ale miała niedługo do mnie wrócić, tak przynajmniej powiedziała. Odpaliłam swojego laptopa i siadłam na krześle przed nim, nachylając się na monitorem jak głupia. Serce zaczęło bić mi mocniej, nie rozumiałam dlaczego, ale dziwne podniecenie rosło we mnie z każdą sekundą. Odpaliłam przeglądarkę, załadowałam youtube i… Cholera.
-Jak ten zespół się nazywał?! –krzyknęłam do monitora. – Nie wierzę, że zapomniałam!
Oparłam się o oparcie patrząc w jeden punkt, w myślach starając się przywołać nazwę zespołu. Nie mogłam na to wpaść, więc odpaliłam Google i wpisałam parę kluczowych słów, zaczęłam szukać.
-Jest! Haha! One Direction… Kopiuj, wklej… Ok… -zaczęłam mruczeć pod nosem wykonując kolejne akcje.
Wzięłam pierwszy kawałek z brzegu, ten najbardziej popularny i zaczęłam oglądać. Zaczęło się fajnie, od razu piosenka wpadła mi w ucho. 5 chłopaków jadących ogórem, później taplający się w morzu.
Zaraz.
Pauza.
Serce zatrzepotało mi mocniej, przycisnęłam prawy przycisk myszki i przewinęłam parę sekund wcześniej, zbliżyłam twarz do monitora tak mocno, że aż oparłam się o niego nosem. Odebrało mi mowę, chociaż nie byłam pewna. Puściłam dalej i oglądałam, siedząc już w normalnej pozycji, jednak moja buzia otwierała się co raz szerzej z każdą chwilą. Roztrzęsionymi dłońmi wpisałam w Google jeszcze raz nazwę zespołu i weszłam na wikipedię, przewinęłam scrollem w dół, zaczęłam czytać o członkach. Świat zawirował mi przed oczami, myślałam, że spadnę z krzesła.
Louis Tomlinson, ten sam mój Louis, był członkiem boysbandu… A miał być tylko mój. Złapałam się dłońmi za czoło nie wierząc własnym oczom. Wydawało mi się, że śnię, ale szybko przekonałam się, że nie. Musiałam go spotkać, natychmiast. Wstałam z krzesła i na boso wybiegłam na korytarz akademika, ale wróciłam się z powrotem do pokoju, bo nie miałam ani butów, ani nie wiedziałam gdzie mogę go szukać. Boże święty…
Zaczęłam gorączkowo szukać czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. Z tego co się dowiedziałam, zespół miał następnego dnia podpisywać płyty w centrum handlowym, a ja musiałam tam być. Nawet jeśli miałabym czekać tam od 5, musiałam go spotkać. Wciąż w szoku, wzięłam swoją komórkę i zadzwoniłam do Lilly, nie zorientowałam się nawet, że zaczęłam płakać ze szczęścia. Wykrzyczałam jej wszystko do słuchawki, po czym ubrałam trampki, do ręki wzięłam garść pieniędzy i popędziłam do sklepu muzycznego, żeby kupić jakąś ich płytę.

Przed drzwiami sklepu muzycznego byłam 4 godziny przed czasem, a i tak przede mną stała długa kolejka. Podobno mieli wpuszczać tylko 100 osób, wiec stojąc tak i czekając modliłam się, żebym się zmieściła. W dłoni trzymałam płytę zespołu wpatrując się tylko w Louisa, z niecierpliwością przystępując z nogi na nogę. Miałam na sobie jasne jeansy, koturny i pomarańczową koszulkę w żółte kropki. Na mojej szyi widniała srebrna marchewka, specjalnie upięłam włosy, żeby bardziej ją uwidocznić i żeby jak najbardziej przypominać siebie sprzed lat. Tak bardzo się denerwowałam, że mnie nie rozpozna… Miałam nadzieję, że nigdy o mnie nie zapomniał, w przeciwieństwie do mnie.
W końcu nastała ta upragniona przeze mnie chwila, menager zespołu ogłosił, że chłopacy już przyjechali i czekają, więc teraz 100 szczęśliwych dziewczyn może wejść do środka. Serce zatrzepotało w mojej piersi, znając moje szczęście będę 101. Kolejka ruszyła. Szłam powoli, pewna obaw i nadziei, wciąż się modląc.
Weszłam jako setna osoba. Przekraczając próg zamknęłam oczy i zaczęłam krzyczeć w myślach ze szczęścia. Dziewczyny przede mną krzyczały naprawdę, ja zaś stwierdziłam, że są nieco dziwne. To nie zmieniało jednak faktu, że Bóg mnie kocha. Szklane drzwi zamknęły się za mną, odcinając inne dziewczyny od spełnienia marzenia. Stwierdziłam, że na pewno się z nimi spotkam, więc postanowiłam pochodzić po sklepie i pooglądać towar wystawiony na pułkach. Cały czas pilnowałam kolejki, która nie była zbytnio kolejką. Wszystkie dziewczyny dopadły do stolika, przy którym stali chłopacy, cały czas piszcząc i skacząc w miejscu. Kiedy tłum się znacząco zmniejszył, podeszłam do nich i stanęłam lekko na uboczu. Wszystkie dziewczyny, które już miały autografy i zdjęcia, zostały odprowadzane tylnymi drzwiami do wyjścia. Kiedy podeszłam do stolika, myślałam, że zemdleję.
Był tam. Ustawiał się do zdjęcia z jakimiś fankami, na jego twarzy promieniał uśmiech. Zagadał mnie chłopak o urodzie jakby Indyjskiej, albo Arabskiej. Byłam zmuszona do odwrócenia spojrzenia od Louisa. Uśmiechnęłam się lekko do chłopaka i wręczyłam mu płytę.
-Cześć! –wykrzyknął radośnie, ale widząc brak mojego zainteresowania, podpisał płytę i po prostu mi ją oddał. – Hm, jak się masz?
-Wspaniale. –powiedziałam spoglądając na niego. – Właśnie chcę… porozmawiać z Louisem.
-Do niego dopiero na sam koniec. Tak wylosowaliśmy. –do rozmowy przyłączył się kolejny chłopak.
Poczułam się niezręcznie. Pewnie uważali mnie za fankę, a ja nawet nie pamiętałam ich imion. Moim celem był tylko Louis, więc jak najszybciej chciałam przedrzeć się przez niego.
-A autograf od niego? Możecie… Czy możecie go zawołać? Jestem ostatnią tutaj. –powiedziałam miętosząc w dłoni płytę, czując jak zaczynam się cała pocić.
-Nie ma sprawy. –powiedział ten Arab i zawołał Louisa.
Przez chwilę miałam wrażenie, że świat zwolnił albo się zatrzymał. To było tak szalone i nieprawdopodobne, że w przekonaniu, że to sen, chciałam się obudzić. Ale to była rzeczywistość. Louis podszedł do stołu, na którym leżały ich zdjęcia i markery, patrzył na nie. Przygryzłam wargę, będąc całkowicie spiętą i przestałam już kontaktować, kiedy z boku podszedł wysoki chłopak, który w tej piosence, którą słuchałam, śpiewał pierwszą zwrotkę. Wyrwał mi z ręki płytę i zaczął podpisywać, na jego twarzy malował się figlarny wyraz. Nie mogłam oderwać wzroku od Louisa, mimo, że wszystko trwało może 2 sekundy, myślałam, że stoję tak 100 lat.
W końcu uniósł na mnie swoje spojrzenie. Jego uśmiech zbladł, nieznacznie zmrużył oczy opierając się dłońmi o stół. Nie umiejąc odpowiednio zareagować, po prostu się uśmiechnęłam splatając palce dłoni przed sobą. Louis znowu się uśmiechnął, popatrzył na swojego kolegę, który stał obok mnie i się wyprostował. Wrócił spojrzeniem do mnie, krzyżując ręce na piersi, wskazał na mnie palcem unosząc jedną brew do góry.
-Czy my czasem… -zaczął niepewnie.
-Zobacz. –powiedziałam i tknięta impulsem zdjęłam z szyi naszyjnik, i wystawiłam go przed siebie, chcąc mu wręczyć.
Wziął go ode mnie i uważnie zaczął się przyglądać. Nagle zaczął się śmiać, zacisnął palce na srebrnej marchewce i obiegł stół dookoła. Reszta zespołu wydawała się zaskoczona. Louis położył dłonie na moich ramionach i wpatrując się we mnie cały czas szczerzył się do mnie.
-No nie wierzę! –krzyknął. – Miranda!
Pokiwałam chaotycznie głową i zanurzyłam się w jego ramionach, oparłam policzkiem o jego pierś wdychając tak dobrze mi znany jego zapach. Ku mojemu niezadowoleniu, odsunął mnie od siebie i wciąż się śmiejąc, zaczął gładzić moje ramiona.
-To było nieprawdopodobne, żebym znowu cię spotkała. –  szeptałam nawet nie zdając sobie z tego sprawy. – Ale… Znowu jesteśmy razem.
-Tym razem nie popełnię takiego błędu i odpiszę ci na list. –odpowiedział wpatrując mi się w oczy. – Jak miło znowu cię zobaczyć.
Zarumieniłam się pod jego przenikliwym spojrzeniem. Wystawiłam przed siebie rękę odwracając spojrzenie, nie umiałam tak wpatrywać się w niego po tak długim czasie. Louis oddał mi marchewkę, ale nie odstąpił mnie na krok.
-Musimy nadrobić zaległości, nie sądzisz? –spytał. – Daj mi swój numer, a na pewno zadzwonię.
Usłyszałam ehy i ahy jego kumpli, oraz dziwne, jednoznaczne śmiechy i uświadomiłam sobie, że oni tam wciąż są. Na moją twarz wstąpił kolejny, jeszcze mocniejszy rumieniec. Podyktowałam Louisowi numer, poczym niechętnie udałam się do wyjścia. Kiedy odchodziłam, zobaczyłam, że ochroniarz wpuszcza kolejną setkę dziewczyn. Uśmiechnęłam się w duchu, że tak czy siak bym się z nim spotkała.

Gdzieś spod kołdry usłyszałam tradycyjny dźwięk Nokia tune. Otworzyłam leniwie oczy, włosy spadły mi na twarz ograniczając pole widzenia, ale dzielnie dźwignęłam się z ciepłego łóżka i zaczęłam na wpół przytomna szukać swojej cegły. Leżała sobie pod spodniami na podłodze. Dzwonił nieznany numer, po moich plecach przeszedł dreszcz podniecenia. Uśmiechnęłam się do monitora i odebrałam, starając się mówić jak najbardziej przytomnie.
-Słucham? –mój głos był bardziej zaspany niż myślałam.
-Wstawaj Śpiąca Królewno! – Louis zaczął się śmiać. – Nie czekaj na swojego księcia, bo książę nie wie, gdzie masz pokój.
Zarumieniłam się, nie wiedząc czy mówi to o sobie czy po prostu na żarty, jak zwykle. Dobrze, że nie widział mojego zmieszania.
-Właściwie to mnie zbudziłeś, mój księciu. –powiedziałam żartobliwie. – Jest rano, o tej porze ja śpię.
-O 9?
-Tak, dokładnie. Ok., mógłbyś się dziwić, gdyby to 12 była. –usiadłam na krześle obrotowym i obróciłam się na nim parę razy.
-Więc co dzisiaj robimy? –nagle zapytał Louis. – Idziemy na kolację przy świecach, moja księżniczko?
-Proponowałabym wypad do lodziarni o 13. –jakoś nie widziałam siebie w pięknej sukni, na romantycznej kolacji w jakieś bogatej restauracji. – Tak się składa, że znam pewne mało znane miejsce, które może ci przypaść do gustu. Co ty na to?
-To przyjadę po cie…
-Nie! –przerwałam mu krzykiem. – Nie przyjeżdżaj. Powiem ci gdzie ta lodziarnia jest, spotkamy się na miejscu. Nie chcę później być znana z tego, że raz się spotkałam z gwiazdorem. Po prostu… Przyjedź na Watson Street 32, to mała uliczka… Proszę.
Nastała cisza. Bałam się, że mogłam go tym urazić, ale zaraz znowu usłyszałam jego melodyjny głos:
-Nie ma sprawy. To o 13, nie spóźnij się tylko. Buziaki.
Przez chwilę siedziałam w bezruchu słuchając głuchego dźwięku przerwanego połączenia. Kiedy dotarło do mnie to wszystko, rzuciłam telefon na podłogę i zaczęłam podskakiwać z radości, byłam szczęśliwa, ale to był tylko przedsmak, tego, co mogłam poczuć wkrótce. Nie czekając na nic, pobiegłam do łazienki po drodze zrzucając z siebie piżamę.

Siedziałam przy stoliku przy ścianie, na której namalowane było wielkie drzewo. Bawiłam się kluczami starając się uspokoić szargające mną nerwy. Kiedy dzwoneczek przy drzwiach zabrzęczał, odruchowo popatrzyłam w ich stronę. Stał w nich Louis, miał na sobie biało – czarny sweter w paski i czerwone szelki do równie czerwonych spodni. Zerwałam się gwałtownie z krzesła powodując nieprzyjemny hałas i skupiając uwagę pary siedzącej przy oknie, oraz Louisa. Uśmiechnął się na mój widok i podszedł do mnie. Nie wiedziałam, jak mam się z nim przywitać, więc stałam jak słup soli i praktycznie się nie ruszałam, jak do mnie podszedł. On cały czas uśmiechnięty, przytulił mnie mocno i dopiero wtedy zareagowałam kładąc ręce na jego plecach.
-Pięknie dziś wyglądasz. –pochwalił moje czarne jeansy i różowy T-Shirt ze świnką Piggy. – Całkiem tutaj przyjemnie.
Zgodziłam się i usiedliśmy do stolika. Nikki podeszła i niczego nie podejrzewając, ani nie rozpoznając Louisa, odebrała od nas zamówienie na dwa szejki. Wpatrywałam  się w blat stołu czując spojrzenie Louisa na mnie, co mnie trochę krępowało.
-Nic a nic się nie zmieniłaś. –Zaczął, a ja podniosłam na niego spojrzenie. – Jesteś niemal taka sama, jaką cię pamiętałem, tylko, hm, oczywiście… Dorosłaś.
Jego spojrzenie na sekundę umknęło na moje piersi, jednak szybko wrócił nim do moich oczu. Uniosłam lekko kąciki ust i zamrugałam parę razy.
-A ty za to się zmieniłeś. –Odparłam nachylając się ku niemu. – Nigdy nie wiedziałam, że umiesz śpiewać. W zasadzie to nigdy nie wspominałeś o tym.
-Sam nie do końca byłem tego świadomy. –Wzruszył ramionami. – A wiesz co mnie bardziej interesuje? –Pokręciłam głową. – Jak to się stało, że mnie w końcu złapałaś?
-W końcu? –zaśmiałam się. – Na studiach zajmowałam się innymi rzeczami niż oglądanie telewizji. Baaardzo pilnie się uczyłam.
Louis się roześmiał, a ja udawałam, że nie wiem dlaczego moje słowa go tak rozbawiły. Kiedy się uspokoił, do naszego stolika podeszła Nikki i podała nam nasze zamówienia.
-To ona poleciła mi 3 dni temu wasz zespół. –powiedziałam wskazując na Nikki. – Podczas oglądania któregoś z waszych teledysków zobaczyłam znajomą twarz, jakoś tak…
Zawiesiłam głos i przypatrzyłam się Louisowi, który sącząc szejka przez słomkę wpatrywał się we mnie ze szczególną uwagą. Uśmiechnęłam się lekko i sama zaczęłam siorbać przez słomkę.
-Mm… -Przerwałam picie i uniosłam wzrok na Louisa. – Jak to się stało, że wybrałeś się do X – Faktora?
-Namówiła mnie Hannah. –Odparł bez chwili namysłu. Widząc mój pytający wzrok, dokończył. – Moja dziewczyna.
Uśmiechnęłam się kiwając głową i wracając do picia szejka. Od tego zdania wszystko jakby się zawaliło. Udawałam radosną, jakby Lou był dalej dla mnie najlepszym przyjacielem, ale co się miałam oszukiwać. Ta wiadomość mnie zasmuciła i zdołowała, bo miałam nadzieję… Na coś więcej. Dalej Louis zdawał się mi być też trochę zmieszany, rozmawialiśmy długo i żywo, jednak to, że miał dziewczynę widocznie nas od siebie odepchnęło. Niestety.
-Hannah nie miała nic przeciwko, żebyś się ze mną spotkał? –spytałam po chwili ciszy, zajadając się śmietankowym lodem.
-Nic o tym nie wie. –Odparł i oparł się o krzesło. – Gdyby wiedziała na pewno by mi nie pozwoliła.
Przygryzłam wargę czując się totalnie niezręcznie i niedobrze. Dokończyłam jeść swoją porcję lodów i przekrzywiając głowę popatrzyłam na Louisa.
-Chyba będę się już zbierać. –Uśmiechnęłam się delikatnie. – Siedzimy tutaj już 3 godziny.
-Mógłbym jeszcze dłużej z tobą rozmawiać. –Powiedział wstając z krzesła. – I tak nie omówiliśmy wszystkich rzeczy, których bym chciał się dowiedzieć.
Wyszliśmy razem na chodnik, uprzednio Louis zapłacił za nasze szejki i 2 kolejki lodów. Stanęłam na środku chodnika patrząc na budynek naprzeciwko. Nie było w nim nic ciekawego, ale nie wiedziałam, gdzie mam zawiesić spojrzenie. Nagle przed moimi oczami pojawił się Louis, patrzył na mnie ze swoistą czułością. Wzdrygnęłam się i wyrwałam z zamyślenia, przypatrzyłam się mu. Widocznie moja reakcja go rozbawiła, bo szeroko się uśmiechnął. Sięgnął ku mojej marchewce, wziął ją w dwa palce i obrócił parę razy przyglądając się jej uważnie. Nie wypuszczając jej z ręki popatrzył na mnie, jednak już się nie uśmiechał.
-Pamiętam tamtą chwilę bardzo dobrze. –Mruknął jakby od niechcenia. – Nie jest przyjemna, ale jest nielicznym wspomnieniem, w którym jesteś ty.
-Szkoda, że większość się zamazała, bo to były wspaniałe momenty. –Uśmiechnęłam się, ale przyszło mi to z trudem. – Ja chyba naprawdę już muszę iść…
Puścił marchewkę, która opadła mi na klatkę piersiową, poczułam ciepło bijące od niej. Zrobiłam krok do tyłu, czując jak serce rozrywa mi się na kawałki. Nie mógł to być koniec, przecież dopiero co nasza przyjaźń się odrodziła. Wiedziałam, że chcę się z nim przyjaźnić, nawet jeżeli chciałam go kochać, żal było wypuścić z ręki tyle lat spędzonych razem. Rzuciłam krótkie „pa” i ruszyłam w swoją stronę. Szłam powoli, patrząc pod nogi, wciąż przytłoczona świadomością, że Louis jest zajęty. Chociaż może lepiej było, byśmy tak się rozstali, ale widocznie miało być jeszcze lepiej.
Louis wpadł na moje plecy z głośnym śmiechem, tak, że prawie się wywróciłam. Zrobiłam parę gwałtownych kroków, ale zeskoczył ze mnie i zaczął znowu się śmiać. Popatrzyłam na niego spod byka.
-Co to było? –Mruknęłam.
-Nie wiem, nie mogłem patrzeć na to, jak przybita jesteś. –Wziął moją rękę i wsadził ją pod swoje ramię. – Opowiadaj, mamy czas.
-Chcesz przyjść do mnie? Tzn wpaść na… kawę? –Zaproponowałam niepewnie.
-No jasne, idźmy. W tym czasie wyjaśnisz mi o co chodzi.
-To chyba oczywiste, że chodzi tu o nas. –Powiedziałam krótko. – Żałuję, że zapomniałam o tobie na parę lat. Nie to, żebym całkowicie wymazała cię z pamięci, ale chyba wyleciało mi z mojego pustego łba jak wiele dla mnie znaczyłeś. I że zawsze byłeś dla mnie oparciem, najlepszym przyjacielem. I wizja, że znowu możemy się rozstać na zawsze, jest dla mnie straszna. Bo nie chcę stracić ciebie ponownie. –Nie zorientowałam się, że oparłam głowę o jego ramię.
-Tym razem nie będę tak głupi i na to nie pozwolę. –Postanowił i poczułam na sobie jego wzrok. – Rozumiemy się?
Pokiwałam energicznie głową. Zaczęliśmy iść, wspólnie przypominając sobie nasze różne przygody. Przez chwilę zapomniałam, ze mamy już 20 lat, niczym wehikułem czasu, przeniosłam się 9 lat wstecz. Wszystkie uczucia były tak świeże i prawdziwe, że nie mogłam ich nie pomylić z rzeczywistością.
Doszliśmy do akademika o 17, zaprosiłam go do środka. Całkowicie zapomniałam, że zostawiłam tam taki burdel, że aż wstyd było pokazywać pokój komukolwiek. Szkoda, że uświadomiłam to sobie otwierając drzwi kluczem. Musieliśmy wejść do środka. Moje łóżko było rozbebeszone, poduszka leżała na podłodze, po której walały się różne kartki i książki, pozostałości po pozornej nauce, pełno puszek po napojach energetyzujących i opakowania po chipsach i batonach. Na dodatek szafa stała otworem, wokół niej zgromadzona była jej cała zawartość, którą wywaliłam na ziemię szukając odpowiedniego ubrania.
-God damn it. –Warknęłam wchodząc w sam środek chlewu. – Witam cię w moich skromnych, czterech ścianach. – Odwróciłam się do niego przodem i uniosłam ręce do góry w geście bezradności.
-Pod tym względem też nic się nie zmieniłaś. –Zaśmiał się wszedł do środka zamykając drzwi za sobą.
Od razu skoczył na moje rozwalone łóżko nawet nie ściągając butów. Pokazałam mu okeja i poszłam nastawić wodę na herbatę czy kawę, nieważne. Wróciłam po chwili zastając Louisa w tej samej pozie, w jakiej był, kiedy go zostawiałam samego. Uniosłam brwi do góry i siadłam na niego, uśmiechnęłam się.
-Nie przeszkadza ci ten syf? –Zapytałam opierając się plecami o ścianę.
Jako, że siadłam mu na nogach, bo leżał wygodnie na łóżku, uniósł się do siadu i zmierzył mnie wzrokiem. Przeczuwałam, że coś knuje, jego spojrzenie mówiło wszystko. Błyszczące oczy pod wpływem nowego, idealnego pomysłu. Gwałtownie złapał moje nogi i ściągnął mi z nich trampki, rzucił je gdzieś w powietrze, przecież i tak był syf, więc co tam.
-Co robisz? –Zapytałam przyglądając się jego poczynaniom.
Lou uśmiechnął się i przejechał palcem po mojej stopie, wywołując u mnie falę łaskotek. Wierzgnęłam nogami niczym koń i zaczęłam się śmiać starając się wyrwać ze szpon Louisa. Jednak mocno trzymał mnie w kostkach i nie pozwalał wyślizgnąć się z uścisku. Złapałam go za ramiona i zaczęłam pchać z całej siły, usiłując coś wskórać. Widziałam tylko szczerzące się usta Louisa przed moim nosem, a potem… Leżeliśmy na podłodze. Dokładniej to Louis leżał na mojej poduszce, ja na nim, a kołdra na mnie. Zaczęliśmy się śmiać z własnej dziecinności.
-Wiesz, mimo, że już jestem dorosły… -Zaczął uspakajając się. – to ja nie chcę dorastać.
Uśmiechnęłam się i oparłam głowę na jego obojczyku, zamknęłam oczy i oddychałam powoli. Poczułam jak Louis mnie obejmuje i sama się bardziej do niego wtuliłam, było mi tak przyjemnie. Wiedziałam, że gdybyśmy tak poleżeli jeszcze parę minut, to bym usnęła w ramionach swojego ukochanego. Jak zwykle w takich chwilach, przerwał mi dźwięk gotującej się wody. Otworzyłam niechętnie oczy i dźwignęłam się na rękach, ale Louis wciąż trzymał mnie w objęciach i nie pozwalał mi wstać. Leżał i udawał, że śpi, chociaż na jego usta cisnął się uśmiech.
-Louissss… -Syknęłam przygryzając wargę. – Bo pożar…
Puścił mnie od razu. Wyprostowałam się, on też. Siedziałam mu na kolanach i patrzyłam w jego oczy, wyczuwając w nim nieswoje uczucie. Widocznie wspomnienia z przeszłości dotyczące pożaru jego domu wciąż mu towarzyszyły.
-Przepraszam. –Szepnęłam i nie czekając na jego reakcje, wstałam i poszłam wyłączyć czajnik.

Po raz kolejny obudził mnie telefon, ale tym razem nie był on mój. Otworzyłam oczy i uniosłam lekko głowę z ramienia Louisa. Rozejrzałam się dookoła, wciąż jednak nic do mnie nie docierało. Leżałam obok Louisa, który jeszcze smacznie spał. Włosy miał słodko rozczochrane, koszulka powinęła mu się lekko do góry odsłaniając umięśniony brzuch (fap, fap, fap). Popatrzyłam na zegarek, była 7:58 nad ranem, widocznie zasnęliśmy razem podczas nocnej rozmowy. Przejechałam dłonią po twarzy orientując się, że dzwoni telefon Louisa. Z ciężkim sercem szturchnęłam go, aby go obudzić. Tak samo śpiący jak ja, chłopak usiadł i wyciągnął z kieszeni telefon. Patrzył chwilę na niego, ale rzucił go na moje biurko.
-Nie odbierzesz? –Zapytałam siedząc na swoich kolanach obok niego.
-Nie. –Popatrzył na mnie i uśmiechnął się tak, że miałam wrażenie, że się rozpuszczę. – Nie mam zamiaru słuchać jak mnie opieprza, bo nie wróciłem na noc.
Zapadła cisza. Niezręczna cisza. Louis zmierzył mnie wzrokiem, później popatrzył na siebie i westchnął głęboko, z ulgą.
-Myślałem, że my… -Popatrzył na mnie ponownie. – Że no wiesz.
-Nie, no, jak, w ubraniach? –Zaśmiałam się i opadłam ponownie na poduszkę.
Leżałam na prawym boku, plecami do ściany. Louis szybko do mnie dołączył, patrzyliśmy sobie w oczy, mogliśmy z nich wszystko wyczytać. Uśmiechnęłam się do niego czując przejmujące dreszcze skaczące po moich plecach.
-To co z tą kolacją, księżniczko? –Przymrużył oczy uśmiechając się słodko.
Z trudem oparłam się pokusie złożenia na jego ustach delikatnego pocałunku, w ostatniej chwili zahamowałam się przed przysunięciem twarzy bliżej jego. W zamian uśmiechnęłam się szerzej i uciekłam wzrokiem na sufit na przeciwległej stronie pokoju.
-Hannah nie będzie miała za złe, że kolejny dzień się nie widzicie?
-Walić Hannah. –Warknął.
-Jak to? –Uniosłam brwi wracając spojrzeniem do niego.
-Co ja dalej będę ukrywał… -Szepnął. - Dwa tygodnie temu ostro się pokłóciliśmy. Była zazdrosna o każdą, z resztą, nie była to jej jedyna wada. Ale nie będę się nad tym rozczulać, nie mam serca aż tak jej oczerniać. –Mruknął i przewrócił się na plecy. – Postanowiliśmy się rozstać, tak na jakiś czas. Sęk w tym, że teraz ona chce do mnie wrócić. Jeszcze przedwczoraj też chciałem do niej wrócić, ale teraz powstrzymuje mnie coś…
-Cóż to takiego?
-Ty. –Podniósł się lekko na łokciach i popatrzył na mnie z góry. – Odkąd znowu cię zobaczyłem… Wiesz, to było jak powiew świeżego powietrza, nowego, jednak znajomego i od dawna oczekiwanego. W głębi duszy czekałem na ciebie, Miranda, nie byłem tego świadomy, ale kiedy się zjawiłaś, po prostu zrozumiałem. –Odwrócił wzrok i popatrzył na ścianę naprzeciwko. – Najgorsze przede mną. Muszę jej powiedzieć, że to definitywnie koniec. Nieważne, czy my będziemy tylko przyjaciółmi, czy… kimś więcej. Ona mnie męczy. Nie mam zamiaru ciągnąć tego dalej, skoro przy swoim boku mam moją dawną przyjaciółkę. -Zawiesił głos i jakby chciał coś jeszcze dodać, ale widocznie się powstrzymał. – Dziewczyna by białej gorączki dostała, gdybym z nią był i spotykał się z tobą, nawet jeśli była by to czysto przyjacielska relacja. Chyba rozumiesz, co mam na myśli?
-Tak. –Kiwnęłam głową.
Poczułam się w pewnym sensie radośnie, kamień spadł z mojego serca, które trzepotało jeszcze szybciej niż przedtem. Być może to z powodu niebezpiecznej bliskości Louisa? Leżałam w bezruchu nie chcąc popełnić jakiejś gafy, czekałam na jego ruch. Przez chwilę jeszcze patrzył się w ścianę, ale zaraz położył się z powrotem na poduszkę i przekręcił głowę w moją stronę. Uśmiechnął się lekko i zamrugał parę razy, co spowodowało u mnie małe rozbawienie.
-Więc co z tą kolacją? –Zapytał w końcu.
-Przyjedź po mnie o 19… -Wyszeptałam z tajemniczym uśmiechem na twarzy.
-Przyjadę. –Powiedział i wstał. Siadł na krawędzi łóżka i przejechał dłońmi po twarzy. – To ja już się będę zbierać. Tylko gdzie ja mam moje buty…
-Pożarła je moja kołdra. –Zażartowałam i również się podniosłam. Oparłam się brodą o jego ramię i zajrzałam mu na kolana. Zaśmiał się lekko. – Prawdopodobnie leżą gdzieś wśród tego burdelu. Może uda mi się zrobić herbatę, zanim je znajdziesz…
Zeskoczyłam z łóżka i wzięłam do ręki czajnik, sprawdziłam jego stan wodny i poszłam do umywalki. Kiedy wróciłam do pokoju, Louisa już nie było. Westchnęłam, błyskawicznie czując w sercu narastającą tęsknotę. Ale nie, tak było lepiej. Co za dużo, to niezdrowo.

Ubrana w „małą czarną”, z beżowymi czółenkami na platformie i dodatkami w kolorze butów, wyszłam na akademicki korytarz. Kręcone włosy opiewały moje ramiona, spędziłam nad układaniem ich dłużej niż wybieranie odpowiedniego ubrania. Jednak uważałam, że efekt był naprawdę czarujący. Zadowolona zamknęłam pokój na klucz, wrzuciłam go do torebki i zaczęłam iść korytarzem ku schodom. Nieszczęśliwie natknął się na mnie chłopak, który był we mnie zakochany – bez wzajemności. Nie żeby był jakimś kujonem, albo śmierdziało mu z ust, bo był całkiem przystojny i mądry, ładnie pachniał. Po prostu, nie czułam do niego nic innego oprócz koleżeńskiego uczucia. Mogłabym powiedzieć, że lubiłam jego przyjacielskie towarzystwo. Na mój olśniewający widok uśmiechnął się, zarzucił do tyłu swoimi ciemno brązowymi włosami i zagrodził mi zejście ze schodów.
-Hej, Skandar. XDDDDDDDDD –Rzuciłam chcąc go wyminąć, ale wyciągnął ręce na boki. – Wybacz, śpieszę się.
-A co ty, nie wyjeżdżasz do domu? –Zapytał spuszczając w dół ręce. Przeszłam obok niego i zatrzymałam się w połowie schodów.
-Póki co nie. –Uśmiechnęłam się lekko. – A ty?
-Ja dopiero za tydzień. –Wzruszył ramionami wciąż się uśmiechając. – Może pójdziesz ze mną na jakąś kawę czy coś?
-Jutro o tym pomyślę, teraz… Teraz to nie mogę, przepraszam Skandar, śpieszę się. –Zeszłam na dół i pomachałam mu ręką. – Do później.
Przyśpieszając kroku, niemalże przebiegłam przez korytarz na parterze i wyszłam głównymi drzwiami na zewnątrz. Rozejrzałam się niepewnie po okolicy, słońce już dawno zaszło, zawiał zimny wiatr, ale ogólnie rzecz biorąc, było całkiem przyjemnie. Liście na drzewach zaszeleściły przez delikatny wietrzyk, ptaki przeleciały przez szarzejące już niebo. Wzięłam parę wdechów po przyśpieszonym kroku, zeszłam po schodkach i zaczęłam iść alejką do parkingu, na którym czekał na mnie Lou. Szłam normalnym tempem, ale gdybym miała słuchać serca i iść w jego rytm raczej był zabiła się na wysokich obcasach moich czółenek. Przeszłam przez metalową bramkę prowadzącą na betonowy parking, na którym stało wiele aut. Nie wypatrzyłam wśród metalowego tłumu jakiegoś nadzwyczajnego auta, którym Lou mógłby po mnie przyjechać. Przeszłam się powoli po parkingu, wyszukując spojrzeniem swojego przyjaciela, jednak nie widziałam go. Stanęłam przy wjeździe i ponownie się rozejrzałam, tym razem opatulając się rękami, chroniąc się tym samym przed zimnym wiatrem. Nagle przede mnie zajechało całkiem zwyczajne auto, Audi A6, rocznik nie był najnowszy – jednak samochód był ładny, powiedziałabym, że wiele takich na ulicach Londynu. Uśmiechnęłam się do kierowcy, który również obdarzył mnie słodkim uśmieszkiem. Szyba zjechała w dół z charakterystycznym dźwiękiem.
-Czy potrzebuje pani powózki? –Zapytał Lou.
-Nie, dziękuję, to miło z pana strony, ale jestem już umówiona na dzisiejszy wieczór. –Odpowiedziałam pochylając się lekko ku niemu.
-Nalegam. –Lou zmrużył oczy i przejechał dłońmi po kierownicy. – To co?
-Oh, no dobra, namówił mnie pan. –Zaśmiałam się i obiegłam samochód, otworzyłam drzwi  i wsiadłam do środka, na miejsce pasażera.
W samochodzie unosił się przyjemny zapach męskich perfum. I były to naprawdę mocne, męskie perfumy, od których aż zakręciło mi się w głowie. Zapięłam pas i popatrzyłam na Louisa, miał na sobie czarny garnitur i czerwony krawat. Uniosłam kącik ust odwracając wzrok od niego. Wycofał samochód z podjazdu i ruszyliśmy ulicami Londynu.
-Musiałem zabrać tacie samochód. –Rzucił niespodziewanie.
-Czemu? –Uniosłam brwi w zdziwieniu.
-Mój Merc się zepsuł. –Odpowiedział i popatrzył na mnie na krótką chwilę. – Poza tym, kto by nie zwrócił uwagi na takie wypasione auto?
Pokiwałam głową z aprobatą i wyglądnęłam przez okno, patrząc w sumie bezmyślnie na różne budynki, które mijaliśmy.
-Moi rodzice się rozwiedli. –Powiedział Louis cicho, jakby wstydził się tego.
-Lou, tak mi przykro… -Popatrzyłam na niego i aż serce mi się ścisnęło. – Mam nadzieję chociaż, że utrzymujesz z nimi kontakt i nie jesteś na nich zły?
-Nie, nie jestem. –Odpowiedział krótko, nawet na mnie nie spoglądając.
Dłonie trzymał kurczowo na kierownicy i wpatrywał się w ulicę przed sobą. Widok niby zwyczajny, jednak było w nim coś smutnego. Może to przez jego słowa, które powiedział z taką rozpaczą, że miałam wrażenie, że zaraz się popłacze. Na szczęście szybko dojechaliśmy na miejsce. Louis zaparkował, po czym pośpiesznie wyszedł z auta i poszedł mi otworzyć drzwi niczym prawdziwy dżentelmen. Ujęłam ciepło jego dłoń i stanęłam obok niego, wciąż ją ściskając i wpatrując się mu prosto w oczy. Szybko się zorientowałam, że przygląda mi się z zaciekawieniem. Wypuściłam jego dłoń z ręki i uśmiechnęłam się chcąc zamaskować moje zmieszanie. On również się uśmiechnął, zamknął drzwi i biorąc go pod rękę, ruszyliśmy w stronę restauracji. Czułam się tak oficjalnie i wciąż miałam wrażenie, że zarówno ja, jak i Lou, nie jesteśmy sobą. Siedząc przy stole z białym obrusem, zajadając się krewetkami, tudzież innymi wykwintnymi daniami, powstrzymywałam się od chęci wybuchnięcia okropnym śmiechem. Przecież w takiej eleganckiej restauracji, będąc ubraną równie wykwintnie, należy zachowywać się jak na swój wiek i straszyć nikogo swoimi nagłymi wybuchami śmiechu. Jednak nie zawsze wychodziło tak, jakbym chciała, żeby wychodziło. Niestety, Lou jest tak nieprzewidywalny, że często podczas przeżuwania jedzenia, rzucał jakiś śmieszny komentarz. W takich chwilach krztusiłam się, bo jedzenie chciało mi wypłynąć przez moje mocno zaciśnięte zęby. Kurwa, oczy każdego gościa restauracji skierowane były na mnie, kiedy to nad swoim talerzem kasłałam i dusiłam się, z oczy płynęły mi łzy, a zadowolony z siebie Louis brał do ust kolejny kawałek jedzenia, eksponując go tym samym na wszelkie różne sposoby. Nie mogłam się czuć bardziej skompromitowana, nie tylko w oczach gości, co ważniejsze; w oczach Louisa.
A nie, kurwa, mogłam.
Jak zwykle, zaczął wydziwiać, udawał, że dwie krewetki na talerzu uprawiają seks, akurat jak jadłam ich siostrę/brata. Było to w pewien sposób zabawne, jednak tak obrzydliwe, że zachciało mi się rzygać. Złapałam się oburącz za usta i z głośnym hukiem wstałam z krzesła, skierowałam się do łazienki.
I wyplułam zawartość moich ust do kibla, hamując tym samym odruchy wymiotne. Złapałam się mocno za sedes i powstrzymałam się od uklęknięcia na jedno kolana, po moim plecach przebiegły dreszcze, a całym ciałem wstrząsnęła delirka. Niczym alkoholowa. Usłyszałam jak drzwi otwierają się z impetem, zamarłam. Nasłuchiwałam kroków, ale bardzo ciężko było mi je wychwycić.
-Miranda! –Po łazience rozniósł się lekki głos Lou. – Przepraszam!
Mogłam być na niego zła? Oczywiście, że mogłam i wykorzystałam tą okazję! Poruszając się jak najciszej potrafiłam, weszłam na kibel nogami i zawisłam nad ciemną otchłanią moich marnych wymiocin, bowiem obcasy wpadły mi do środka i wbiły się w nieskazitelną powierzchnię wnętrza kibla.
-Gdzie jesteś? –Usłyszałam ponownie, tym razem widząc na dole, w ok. 20 centymetrowej szczelinie między drzwiami, a podłogą, buty Louisa. – Wiesz, że i tak cię znajdę.
-Wolałabym nie. –Odpowiedziałam na głos, ale zaraz szybko walnęłam się płaską dłonią w łeb.
Nie wychodziły mi fochy. Louis zaśmiał się i otworzył drzwi do mojej kabiny, widząc mnie i moją dziwną pozę, uniósł brwi do góry. Jednak, na jego podobnej twarzy pojawił się uśmiech, nie czekając na pozwolenie, wszedł do kabiny i zamknął za sobą drzwi. Pełna kulturka. Pomógł mi zejść z sedesu, bo z moimi obcasami byłby to nie lada wyczyn. Stanęłam naprzeciwko Louisa i próbując zachować poważną minę, spojrzałam mu w twarz. Serce mi drżało, sama nie wiedziałam czemu. Czułam moc jego spojrzenia, którym mnie obdarowywał swoimi szaroniebieskimi oczami. Onieśmielona, spuściłam wzrok w dół i przejechałam nim po płytkach łazienkowych, chociaż czułam się idiotycznie, właśnie mi to pomogło. Wyrywając mnie z obserwacji płytek, Lou złapał mnie za rękę i mocno ją ścisnął, co zmusiło mnie do uniesienia oczu. Wiedziałam, że nie dzieje mi się krzywda, że przy nim jestem bezpieczna i nic nie może mi się stać, ale jednak się bałam. Bałam się takich chwil milczenia, chociaż były tak przepełnione namiętnością i napięciem, że aż mogłabym stać tak bez końca, serce szalało mi w piersi. Jego słodki uśmiech, odsłaniający rząd białych zębów, starannie ułożone włosy i… Zapach wody po goleniu. To wszystko sprawiało, że miałam ochotę popchnąć go na drzwi kabiny i wpić się w jego rozchylone wargi, mocno i głębiej, poczuć smak jego skóry. Móc bez przeszkód przejechać dłońmi po jego silnej klatce piersiowej, rozerwać koszulę i obdarować drobnymi pocałunkami jego rozpaloną skórę. Wiedziałam, że moje fantazje w tamtej chwili są troszkę, troszkę bardzo, niemożliwe, jednak to, że stałam tak blisko niego, działało mi na wyobraźnie właśnie tak mocno.
-Przepraszam cię, naprawdę. –Szepnął Louis poważnie. – Czasami nie potrafię zahamować moich dziecięcych zachowań.
-Nie musisz. –Odparłam szybko z uśmiechem. – Cieszę się, że wciąż jesteś taki, bo mimo, że jesteśmy już tak starzy, twoje zachowanie przypomina mi każde wspomnienie, w którym jesteś.
Jego brwi pochyliły się ku sobie, a jego usta wygięły w lekkim uśmiechu. Patrzyłam się chwilę w jego błyszczące oczy, po czym spuściłam wzrok na jego szyję. Po prostu uciekłam, znowu moje serce napełniło się strachem.
-Dobrze. –Louis wplótł palce między moje i spuścił dłoń w dół. – Chodźmy stąd, z tej restauracji. Odprowadzę cię do domu.
Kiwnęłam głową chowając czerwony rumieniec na moich policzkach.

-Louis, do mnie nie idzie się w tę stronę. –Zatrzymałam się na środku parku, wokół była ciemność przerywana niekiedy słabym blaskiem latarni.
-Tak, wiem. –Odpowiedział spokojnie. – Szybko się zorientowałaś, że idziemy w przeciwnym kierunku.
Dobrze, że nie widział mojej czerwonej twarzy. Podczas pół godzinnego marszu, idąc za ręce (TAK, ZA RĘCE) z moim przyjacielem, odlatywałam do krainy moich fantazji. Mocniej ścisnęłam dłoń chłopaka i zrobiłam krok do przodu.
-Nieważne, zapomnij. –Mruknęłam stawiając kolejny krok. – To gdzie idziemy?
Szarpnął mnie do siebie. Wpadłam w jego ramiona zwalona z nóg przez moje wysokie czółenka. Chciałam coś do niego bąknąć, ale głos utkwił mi w gardle. Z daleka słyszałam szum miasta, jednak stojąc na żwirowej ścieżce, wśród wiekowych drzew, których liście lekko szeleściły pod wpływem ciepłego wiatru, zdawało mi się, że jestem tam tylko ja. I Lou. Opierając na jego ramieniu czerwony policzek patrzyłam przed siebie, w przestrzeń. W jego objęciu czułam się tak spokojnie i bezpiecznie, ale serce mi biło z niewyobrażalną szybkością. Zacisnęłam palce na jego marynarce i wyprostowałam się, nie wykruszając się z jego uścisku, ani nie rozluźniając swojego. Jego oczy lśniły milionami małych iskierek, usta miał zaciśnięte w jedną linię. Poczułam dziwne ukłucie, gdzieś głęboko w świadomości, że zapadła pierwsza niezręczna cisza między nami. Nie dlatego, że staliśmy blisko siebie, tkwiąc w swoich ramionach, patrząc sobie w oczy, gdy dookoła świat się zatrzymał, po prostu poznałam tę ciszę. Była ona jedyna w swoim rodzaju, drugi raz taka nigdy się nie zdarzy, na pewno nie z inną osobą. Uniosłam lekko kącik ust do góry i przymrużyłam oczy.
-Czujesz ją, prawda? –Zapytałam szeptem, chociaż i tak mój głos brzmiał przerażająco głośno.
Nie dostałam odpowiedzi. Jego wargi, zamiast sformułować krótkie „tak”, zbliżyły się do moich i subtelnie się w nie wpiły. Dłonie Louisa oplotły mi się dookoła bioder, a ja sama swoimi rękoma przejechałam po jego silnych ramionach, kierując się ku jego rozjuszonym włosom. Ciepło jego oddechu przyprawiała mnie o dreszcze, przyjemnie pachnące jego perfumami powietrze otuliło moją szyję. Uśmiechnęłam się poprzez pocałunek wbijając lekko paznokcie w jego kark, przygryzłam delikatnie jego rozpaloną wargę. Oderwał się od moich warg na chwilę, otworzył oczy, lecz nie do końca, spoglądając na mnie zaborczym spojrzeniem rzuconym spod gęstych rzęs. (http://fc01.deviantart.net/fs71/f/2012/134/1/f/oh_louis__by_jasper_like_fire-d4zrtau.gif)
-Bawimy się drapieżnie, co? –Mruknął robiąc krok do przodu. – Dobrze.
Zrobiliśmy jeszcze parę kroków pożerając siebie nawzajem spojrzeniami, Louis w końcu pchnął mnie na ławeczkę. Nachylił się nade mną, opierając się dłońmi o oparcie ławki, przybliżył usta do mojej roznegliżowanej szyi. Zaczęłam oddychać głośniej i ciężej, kiedy czułam jak się ze mną bawi; oddalając się nieznacznie, to się przybliżając. Muskając wargami moją skórę, trącając ją lekko językiem, przygryzając, na końcu się mocno do niej przysysając. W falach podniecenia złapałam go za ramiona i pociągnęłam do siebie, w dół, aby na mnie usiadł. Kiedy to uczynił, wciąż nie odrywając się od mojej szyi, wydałam z siebie przepełniony rozkoszą jęk, zacisnęłam palce na jego marynarce i przysunęłam się do jego ucha. Miałam już wysyczeć mu, żeby mnie rżnął jak małą sukę, powstrzymałam się przed tym i zamiast tego, mocno ugryzłam go w ucho, aż odrywając się od mojej szyi, zasyczał z bólu. Podnieciło mnie to jeszcze bardziej, moje nogi gwałtownie zaczęły się motać, jeździłam stopą po swojej łydce sprawiając sobie tym jeszcze więcej radości. Dłońmi przewędrowałam z ramion na jego potylicę, złapałam mocno za jego włosy i pociągnęłam je do tyłu. Chciałam dominować nad nim, co mogło mu się wydawać dziwne. Jednak nie stawiał mi się, popatrzył na mnie tym swoim zadziornym spojrzeniem rozchylając zachęcająco usta. Szeptał, jego wargi poruszały się powoli, tak kusząco. Kierowały mną mieszane uczucia, miałam ochotę go besztać i bić, jednocześnie chciałam, żeby to on przywiązał mnie do łóżka i całował każdy skrawek rozpalonego ciała. Puściłam jego włosy i delikatnie przejechałam po jego szczęce, dojechałam do brody i palcem przyciągnęłam go ku sobie, zamykając oczy ponownie zanurzyłam się w jego gorących ustach. Złapał mnie za policzki, górując nade mną, powoli i subtelnie bawił się mną. Dobrze wiedział, czego w danej chwili potrzebuję, jakie mam zachcianki. W tym czasie oplotłam ręce dookoła jego szyi i niespodziewanie przerwałam pocałunek wtulając się mocno w jego umięśnione ramiona. Wdychałam jego perfumy z każdą chwilą, starając się zapamiętać ich subtelność. Chyba spodziewałam się, że to sen lub, że to już nigdy mi się nie przytrafi. Louis objął mnie ramieniem i oparł się policzkiem o moją głowę.
-Nie przypuszczałbym, że moja najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa stanie się… -Zawiesił głos prostując się i patrząc mi w twarz.
-Najlepszą przyjaciółką z młodej dorosłości? –Zażartowałam z szerokim uśmiechem.
-Nie. –Pokręcił głową i złożył na moich wargach słodki pocałunek. – Miłością mojego życia.
-Lou… -Nie wiedziałam dlaczego, w moich oczach zakłębiły się łzy, które uwolnione nagłym wzruszeniem spłynęły w dół.
Ukryłam twarz w zagłębieniu jego szyi i płakałam. Ze szczęścia.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz